Blog I live under water
Sudan - nasza wyprawa z Activ Tour

Sudan i jego piękno – wyprawa z Activtour

Sudan to kraj, którego podwodne piękno urzekło nas szczególnie. Wyjazd w ten rejon od wielu lat pozostawał numerem z pierwszej dziesiątki na naszej liście kierunków, do których chcieliśmy zorganizować wyjazd. Na szczęście mieliśmy okazję przekonać się na własne oczy o bogactwie i niezwykłym potencjale tego kraju – oferującym topowe nurkowania w stosunkowo bliskiej odległości od Polski.

Lądowanie na lotnisku w Porcie Sudan przypominało lądowanie w bazie wojskowej, gdzieś na odludziu, gdzie nie ma cywilizacji. Port lotniczy przypomina hangar wojskowy, wyposażony jest w 1 pas startowy – dookoła piasek i kilka zardzewiałych anten. Kiedy wyszliśmy z samolotu, od razu otoczyło nas kilku wojskowych, bacznie pilnujących, czy nie fotografujemy tej niezwykłej fortecy militarnej. Procedura wizowa i emigracyjna zajęła nam ok. 30 min. Razem z innymi pasażerami samolotu zgromadziliśmy się w małej sali i po kolei poddawaliśmy się procedurom lokalnej izby celnej. Chaos, bałagan, ale udało się. Przeszliśmy dalej, tym razem po odbiór bagażu. I tu wielkie zdziwienie! Lotnisko w Porcie Sudan nie posiada tak rozwiniętego systemu taśm transportujących bagaż, do jakiego przywykliśmy. Tutaj wszystko odbywa się ręcznie! Efekt: ostatnia osoba z naszej grupy czekała na bagaż ponad godzinę.

Opuszczamy w końcu budynek lotniska i udajemy się do naszego bajkowo zdobionego autokaru. 30 min. jazdy w stronę północną i nareszcie docieramy do portu, w którym czeka nasza łódź. Po drodze z lotniska wypatrzyliśmy małą petrochemię, zbiorniki do przechowywania gazu i paliwa, małe, niezwykle biedne osady Beduinów i wielbłądy pasące się na połaciach krzewin. Krajobraz Północnego Sudanu jest o wiele bardziej zielony od tego, który obserwujemy w Egipcie. W najbliższym otoczeniu występuje sporo krzewów, traw sawanny i płożących drzew pustynnych akacji.

Sam Port Sudan i jego epicentrum, czyli port, to główny łącznik państwa ze światem od blisko 100 lat. Przypływają tu i wypływają wielkie kontenerowce – m.in. z Arabii Saudyjskiej czy Singapuru. Statki te transportują do Sudanu produkty, a po wyładowaniu wracają puste do portów macierzystych, nie zabierając żadnych towarów w drogę powrotną. Dzieje się tak dlatego, że Sudan nie posiada rozwiniętej produkcji i eksportu. Ceny żywności i podstawowych produktów są znacznie wyższe niż np. w sąsiednim Egipcie, którego mieszkańcy są znacznie zamożniejsi niż Sudańczycy. Dzieje się to na skutek tego, że praktycznie wszystko w Sudanie pochodzi z importu, także jedzenie.

Zmierzamy teraz do doku. To tutaj czeka nasza łódź. Miejsce to wybudowane zostało w kształcie litery L. Po drugiej stronie rozpościera się widok na monumentalną część towarową, gdzie cumują największe kontenerowce świata i odbywa się rozładunek. Ponieważ jest już wczesny wieczór, na nabrzeżu zrobiło się tak tłoczono, że czujemy się jak na promenadzie w znanym kurorcie! Dookoła przesiadują rodziny z dziećmi, mężczyźni grają w karty lub bilard. Wszyscy odpoczywają od skwaru i słońca rozlewającego się nad głowami każdego dnia. Panuje tu beztroska atmosfera relaksu i zabawy. Każdy zna język angielski – nieważne czy stary czy młody. W Sudanie obowiązują 2 języki urzędowe: sudański i angielski, co nam bardzo pomaga.

Dochodzimy do nabrzeża i nareszcie możemy spojrzeć na niego gołym okiem! Cieszymy się ogromnie z wyboru tego jachtu: duży, stabilny, nowoczesny, wygodny. Siedem dni spędzonych na jego pokładzie pozostawi w naszej pamięci tylko najlepsze wrażenie. Wybór dobrego, szybkiego, mocnego i przestronnego jachtu motorowego w przypadku safari jest niezwykle istotny. Bezpośrednio przekłada się to na komfort pobytu i możliwość szybkiego dotarcia do najodleglejszych miejsc! Nasza łódź jako pierwsza dopłynęła do najodleglejszych raf – mieliśmy szansę w zaledwie 7 dni odbyć safari po trasie, na którą inne łodzie potrzebują 10. Przez pierwsze 2 dni nikt nam nie towarzyszył, byliśmy tylko my i Morze Czerwone! Falowało, a my nie czuliśmy żadnego dyskomfortu… Nasza łódź i jej załoga sprawdzili się w 100%.

Pierwszy dzień i pierwsze zanurzenia zaczynają się przeciętnie. Docieramy do najdalej wysuniętego na północ punktu naszej trasy – rafy Shaab Seudi. Czujemy małe rozczarowanie, maksymalna głębokość 20 m, miejsca nieszczególne, przewodnik bacznie nas ogląda, sprawdza, obserwuje… Drugie nurkowanie dzienne i trzecie nocne robimy na rafie Gota Shambea. Najbardziej podobają nam się spektakularne formacje twardych korowców – tak obszerne wachlarze to prawdziwy rarytas. Nurkowania tego dnia były łatwe, spokojne, bez spektakularnych wrażeń. Ale był to jedynie przedsmak tego, co czekało nas w następnych dniach! Tego dnia i przez 2 kolejne pozostaniemy jedyną łodzią unoszącą się w toni wody. Na widnokręgu żadnej konkurencji, żadnych niechcianych współtowarzyszy podróży. Tylko my i najlepsze miejsca nurkowe świata.

Dzień drugi był niesamowity. Rafy Angarosh i Merlo. W tłumaczeniu Angarosh znaczy tyle co „Matka Rekinów”. I jak się potem okazało, nazwa dokładnie pokrywa się z atrakcjami, jakie oferuje. Pierwsze nurkowanie rozpoczęliśmy tuż po świcie. Opadamy na 40-45 m i są! Rekiny – wielu pasjonatów nurkowania przyjeżdża do Sudanu właśnie dla nich… Spotykamy rekiny szare i młoty. Do tego sceneria krążących ławic barakud, jackfish’y oraz tuńczyków. Gdy przepływamy pomiędzy rafami, towarzyszą nam stada delfinów. Sprawiają wrażenie, jakby ścigały się z naszą łodzią. Przeżycie niesamowite.

Trzeciego dnia o poranku decydujemy się raz jeszcze odwiedzić rafę Angarosh. Po południu nurkujemy w miejscu zwanym Gota Abbanna. Wieczorem niektórzy z nas opuścili nurkowanie nocne i towarzyszyli naszemu kapitanowi w nocnym połowie langust. Dwie godziny spędziliśmy na wierzchołku rafy, gdzie przy świetle księżyca langusty polują. Kolacja była prawdziwym rarytasem. Sudański kucharz przyrządził to, co udało nam się złowić… Warto było się wysilić, by skosztować świeżutkich langust!

Czwartego dnia odbyliśmy podróż w czasie i przenieśliśmy się na rozsławioną rafę Shab Rumi oraz bazę Precontinet II, a właściwie jej pozostałości po eksperymentach prowadzonych przez JY Cousteau na początku lat 70. (eksperyment miał na celu udowodnić, że człowiek potrafi mieszkać pod wodą). Nurkowania w tak kultowym miejscu były dla nas niesamowitym przeżyciem. Co prawda większość konstrukcji podwodnego miasta została zdemontowana, jednak pozostałości tego miejsca są namacalnym dowodem historycznych dokonań słynnego Francuza i jego ekipy badawczej, a zarazem tłem wydarzeń dla filmu ” Świat bez końca”.

Dzień piąty to nurkowania na rafach wokół pierwszego Parku Morskiego utworzonego na terenie Sudanu – Sanganeb. Najsłynniejszym miejscem w tej okolicy jest południowo-zachodni kraniec rafy. Wskakujemy do wody, opadamy na plato na głębokość ok. 30 m, a naszym oczom ukazują się niezwykle barwne formacje koralowe, ozdobione przez miękkie koralowce. Spotykamy lasy anemonów, rekiny szare, ławice barakud i trevalierów oraz to, co zachwyca nas szczególnie – rekiny młoty oraz delfiny. Sanganeb to miejsce rozsławione nie tylko przez świetne nurkowania, lecz także przez malownicze pejzaże – rozciągające się ze szczytu wybudowanej tu latarni morskiej. Nasz statek kotwiczy u stóp długiego molo prowadzącego do wybudowanej przez Brytyjczyków latarni morskiej – aktualnie zarządzanej przez sudańską marynarkę wojenną. Widok jak z obrazka, każdy z nas zrobił chyba po 100 ujęć tego bajkowego pejzażu. Schodzimy na dół, już mamy wracać na pokład łodzi i nagle wpadliśmy na genialny pomysł: może warto by spróbować popływać w miejscu, które właśnie podziwialiśmy z wierzchołka latarni? Udało się, wskoczyliśmy do wody, było niesamowicie! Prawdziwa jazda bez trzymanki. Totalnie oderwaliśmy się od rzeczywistości.

Ostatni dzień safari zwieńczony jest przez nurkowania nieopodal Portu Sudan, na wraku Umbria. Uznawany jest on za jeden z dwóch najlepszych w basenie Morza Czerwonego. Konkuruje jedynie z wrakiem SS Thistlegorm. Jednak nasza grupa, mająca porównanie, jednogłośnie okrzyknęła Umbrię najlepszym z najlepszych w tej części Afryki. W momencie zatonięcia na pokładzie statku znajdowało się 1750 ton cementu, 5000 ton ładunku wybuchowego, 360000 bomb, butelki z winem i 3 samochody Fiat 1100. Wrak jest łatwy do spenetrowania – mamy tu dobrą widoczność i dochodzi dużo światła.

Porównując sudańską część Morza Czerwonego do egipskiej, jesteśmy absolutnie pewni, że warto pokusić się o udział w takiej wyprawie! Nie ma tu mowy o tzw. masowej turystyce. Nurkując mamy wrażenie, że to my jesteśmy odkrywcami tej części morza. Zwierzęta są, interesują się nami, zbliżają się do nas na wyciągniecie ręki. Nasza obecność nie budzi w nich jednak strachu, nie przywołuje przykrych wspomnień. A mamy wrażenie, że tak jest np. w Egipcie. Świat podwodny nie nasycił się jeszcze nurkami, zaś koralowce walą się pod siłą własnego ciężaru, a nie poprzewracane przez płetwonurków.

Cała magia tego podwodnego świata nastraja nas do podjęcia kolejnego wyzwania! Z pewnością odwiedzimy także najdalsze południe Sudanu – do miejsc, gdzie będziemy prawdziwymi pionierami turystyki podwodnej. Tam, gdzie Jacques-Yves  Cousteau także prowadził swoje eksperymenty, choć jeszcze niewiele osób o tym wie.

Katarzyna Cieślawska, activtour.pl

Do you want to be up to date?