Blog I live under water
sharks at Brothers Islands

Wyprawy z ActivTour: Rekiny na Brothers Islands

Rekiny na Brothers Islands

Tym wpisem rozpoczynamy wspólną z Active Tour serię opowieści o pełnych wrażeń i emocji wyprawach. Na pierwszy ogień, a w zasadzie wodę, pójdzie niesamowita przygoda z rekinami w roli głównej, a wszystko to w formie safari na Morzu Czerwonym.

Zacznijmy od początku, czyli od tego, czym jest safari nurkowe? Jest to alternatywa dla stacjonarnego pobytu w hotelu czy obozie. Oznacza cały tydzień pobytu na pokładzie bujającej łodzi, nierzadko chorobę morską i bycie „skazanym” na tę samą grupę ludzi. Nurkowanie na dziewiczych rafach potrafi jednak wynagrodzić wszelkie niedogodności rejsu. Anna Sołoducha-Bućko tak relacjonuje swój wyjazd który odbył się z biurem ActivTour:

Zaraz po przylocie z Polski i zakwaterowaniu na łódź, Alicja – nasz przewodnik – zabrała nas na spacer po Nowej Marinie. Mimo tamtejszych uroków i zachęcających do tańca dźwięków arabskiej muzyki, nie mogliśmy się doczekać nurkowania, które miało odbyć się nazajutrz. Dzień wypłynięcia w rejs wreszcie nadszedł. Kolorowe budynki Hurghady oddalały się z każdą sekundą gdy Dreams, nasza łódź, przemierzała wody Morza Czerwonego. Pobudka, odprawa – dokładna, profesjonalna, z wyświetleniem mapy i zdjęć na telewizorze, przeprowadzona tym razem w wersji polskiej, angielskiej i rosyjskiej – dla drugiej grupy nurków z Ukrainy, z którą mieliśmy przyjemność spędzić ten czas na łodzi, sklarowanie sprzętu i… hop do wody! Trudno opisać, jak wspaniale jest zanurkować po miesiącach wyczekiwania. Nie obyło się jednak bez atrakcji…. tak – choroba morska może dopaść nawet pod wodą… jednego z „nas” niestety zaatakowała, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Na kursie omawia się zasady postępowania w takich sytuacjach, więc była to dla nas powtórka. Po nurkowaniach zostało nam już tylko opalanie, czytanie książek i integracja. W tym czasie łódź obrała kurs na Brothers Islands. 

Zacumowaliśmy w okolicach Dużego Brata w środku nocy, kiedy mój żołądek wołał już o pomstę do nieba… bujało przeokrutnie. Brothers, czyli Bracia to dwie skaliste wysepki pośrodku nicości, wyłaniające się jakby znikąd. Znajdują się ok. 8 h żeglugi od lądu i są uznawane za jedne z najlepszych spotów nurkowych na świecie. Dwie pozostałości po stożkach wulkanicznych, prezentują się niebywale tajemniczo. Większa z nich – Wielki Brat widziana jest już z daleka, dzięki latarni znajdującej się na wyspie, którą zbudowali Brytyjczycy pod koniec XIX wieku. Około 1 km na południe leży Mały Brat. Dzięki lokalnym prądom wirowym i wstępującym, Bracia zdobyli znamienitą sławę w świecie płetwonurków, ponieważ oprócz imponującego systemu urwistych skał porośniętych koralowcami przyciągają nurków liczne ławice ryb oraz duże drapieżniki, m.in. populacje rekinów. Wyspy stanowią wręcz doskonałą przynętę na gatunki pelagiczne – i to było w nurkowaniach najlepsze. Co ciekawe, Big Brother znalazł się na 9. miejscu w rankingu 50 najlepszych miejscu nurkowych na świecie w 2012 roku. Moim zdaniem – całkowicie zasłużenie.

Pierwsze nurkowanie na Wyspach Braci, i już – kosogon! Rekin, którego wyjątkową cechą jest niesamowicie długa część ogonowa, stanowiąca 1/3 całej długości ciała. Ogon ten wykorzystuje do ogłuszania innych ryb, dzięki czemu zyskuje pożywienie. My na szczęście nie padliśmy ofiarą rekina, ale widok wijącego się ogona – nie zapomnę do końca życia! Radości nie było końca. Prawie za każdym razem wpływaliśmy w całe ławice kolorowych ryb. Mureny, skorpeny, stonefishe, skrzydlice, nemo, napoleony… mnóstwo napoleonów! Nie sposób wyliczyć wszystkie gatunki ryb, które spotkaliśmy pod wodą. Czasem prąd zmieniał się w trakcie nurkowania, czasem niósł nas ponad rafą, dając sposobność zawiśnięcia choć przez chwilę w toni. Łatwo nie było. Trzymanie się blisko rafy – obowiązkowe. Strome skały, drop-offy – coś pięknego. I ta głębia pod nami…. Nurkowanie na Brothersach to także nurkowanie na wrakach. Pierwszy obejrzany przez nas wrak to Aida – statek o długości 75 m, który zatonął w 1957 roku. Przybił do przystani z zaopatrzeniem dla egipskiej obsługi latarni morskiej, mimo złej pogody i sztormu. Kiedy Aida przypłynęła ze zmianą żołnierzy, ogromne fale spowodowały uderzenie kadłubem jednostki o rafę i niemal w kilka chwil statek zaczął tonąć. Na szczęście – cala kilkudziesięcioosobowa załoga zdążyła bezpiecznie opuścić tonący okręt. W międzyczasie jednostka przesunęła się nieco w północnym kierunku wyspy, ostatecznie osiadając na zboczu stromo opadającej rafy. Wrak nie jest duży, za to pięknie porośnięty przez miękkie i twarde korale, a w jego zakamarkach czają się tuńczyki, strzępiele czy grańce koralowe… Drugim wrakiem spoczywającym na zboczach Wielkiego Brata jest Numidia. Długi na 140 m statek zatonął w 1901 roku, gdy wyznaczony przez kapitana dyżurny do pełnienia warty przysnął na mostku kapitańskim. Numidia opiera się o ścianę rafy i daje możliwość przepłynięcia go przez środek. Jeden za drugim, przy świetle latarek odkrywaliśmy nowe obszary statku. Wrak kończy się na głębokości ok. 80 m, niedostępnej już dla nurków rekreacyjnych. Korale, ławice ryb i szare rekiny rafowe. Rewelacja!

Nurkowaliśmy 3 razy dziennie, skacząc do wody z zodiaka lub bezpośrednio z łodzi. Śmiechu przy ubieraniu sprzętu i wchodzeniu do wody było co nie miara. Podczas posiłków (które były dla mnie absolutnie znakomite) grupa z Kijowa nie byłaby sobą gdyby nie częstowała nas trunkami własnej produkcji (ale to dopiero po nurach!), oraz…. słoniną, ciemnym chlebem, ćwikłą i chrzanem. Oprócz tego – nasz nieoceniony szef kuchni serwował nam ryby, krewetki, różne rodzaje mięsa… nawet wielbłąda. W międzyczasie Jacek, jeden z uczestników safari, obchodził swoje urodziny. Nie obyło się bez małej imprezy z toastami, prawdziwym tortem (!) i wyśmienitą kolacją. Były prezenty, życzenia i dużo śmiechu. W przeddzień urodzin natomiast, urządziliśmy sobie taneczne party na górnym pokładzie – muzyka z głośników i wyginanie ciał na środku morza, przy blasku gwiazd i latarni na Wielkim Bracie…

Nie obyło się również zwiedzania samej wyspy. Po trzecim nurkowaniu w ciągu dnia, już bez pianek i jacketów, popłynęliśmy zodiakiem do Big Brothera – w świetle zachodzącego słońca oraz rozbijających się fal o skalisty brzeg, wyglądał iście jak z filmu „Wyspa Skazańców”. Przeszliśmy ją wzdłuż i wszerz, pokonując obowiązkowo kilkadziesiąt schodów prowadzących na szczyt latarni. Widok – niesamowity.

Po dwóch dniach spędzonych przy nurkowiskach Dużego Brata, obraliśmy kurs w stronę jago mniejszej wersji. A tam  rekiny młoty! Pod wodą, wśród wszechogarniającej ciszy wyczekiwałam tylko na sygnał shakera naszego guide’a, Sayeda, który wyczuwał chyba rekiny przez skórę. Jeden dźwięk i cała grupa zaczynała przewijać płetwami jak szalona, w stronę, którą wskazywał nasz przewodnik. Młoty podpływały dosyć blisko. Widziałam każdy szczegół ich ciała, szeroko rozstawione oczy. Przeżycie – bezcenne! Mimo, że ostre ściany i piękna rafa (ślimaczki!) sprawiały, że nurkowania były niezwykłą przyjemnością, to jednak rekiny były największą atrakcją ze wszystkich.

W przedostatni dzień zanurzyliśmy się 4 razy, zostawiając za sobą tajemnicze Wyspy Braci… Brothersy rządzą się swoimi prawami – prądy morskie są na tyle silne, że nurkowanie nocne nie wchodzi w grę. Wykorzystaliśmy jednak ich brak, kiedy dopłynęliśmy do Safagi. Na porannym nurkowaniu czekał na nas – Salem Express. Prom pasażerski zatonął w 1991 roku przez błąd kapitana. Salem uderzył w rafę robiąc tym samym dziurę w części dziobowej. W ciągu kilku minut prom przechylił się na prawa burtę i osiadł na dnie, a w raz z nim – ok. 1000 osób… głównie pielgrzymów wracających z Mekki. W tym dniu kiedy nurkowaliśmy, nie było nawet słońca, a wrak wyglądał jeszcze bardziej przygnębiająco. Spoczywający na głębokości 16-32 m, jest zbiorową mogiłą wielu istnień. Jeśli chodzi o nurkowanie – śruby, walizki, radia, żelazko… przynoszą wiele emocji. Wpłynięcie do środka uzupełnia obraz wraku. Przepływając nad rufą czy emblematem „S” ma się wrażenie, jakby czas się zatrzymał…. To  nurkowanie przywoływało wielką refleksję. Człowiek na moment wycisza się wewnętrznie…

Ostatni dzień nurkowy to było istne szaleństwo! Już w okolicach Hurghady pod wodą grasowały żółwie, ośmiornica, płaszczki, mureny…. W pełnym słońcu wskakiwaliśmy do wody w piankach, majtkach i… szlafrokach – to taki nasz rytuał praktykowany na koniec rejsu.

Później, schnąc na pokładzie, wspominałam najpiękniejsze momenty całego safari. Dreams płynął z gracją przed siebie, fale rozbijały się o dziób, wiatr plątał mi włosy, a w oddali widziałam delfiny. W powietrzu było czuć wolność, na skórze słoną wodę. Po 7 dniach spędzonych na pokładzie, bujałam się bezwiednie w rytmie morskich fal. Mówią, że safari nurkowe nie jest dla każdego. Dla mnie najwyraźniej jest…

Anna Sołoducha, activtour.pl

Do you want to be up to date?